Zbigniew Zapasiewicz

          ur. 13 września 1934 w Warszawie        
          zm. 14 lipca 2009 w Warszawie

          polski aktor, reżyser i pedagog

 

 

Zapasiewicz urodził się w Warszawie (1934) i spędził w niej całe życie. Jego dziad Jan Kreczmar senior założył sławne gimnazjum męskie na Wilczej, w którym wychowywały się pokolenia zacnych warszawiaków. Jego wujami byli wybitni ludzie teatru: Jan Kreczmar junior, aktor, pedagog, rektor PWST, oraz Jerzy Kreczmar, doktor filozofii, pedagog, reżyser i eseista, kierownik literacki Teatru Współczesnego. Przez różne koligacje związany był z aktorką Justyną Kreczmarową, poetą Adamem Kreczmarem, tłumaczką Agnieszką Kreczmar, satyrykiem Krzysztofem Daukszewiczem.

Matecznikiem Zapasiewicza był Żoliborz, gdzie dorastał i pobierał nauki, między innymi u profesorstwa Liberów. Występował w szkolnym teatrzyku pod okiem Zdzisława Libery. Jako uczeń grał Papkina. Syn profesora Antoni miał potem odkryć w Zapasiewiczu mistrzowskiego wykonawcę partytur teatralnych Becketta. Jednym z ostatnich wielkich dokonań aktora był tryptyk Beckettoeski w Teatrze Powszechnym. Po wakacjach mieli z Liberą rozpocząć próby „Końcówki”.

Niedawno w Tearze Małym Zapasiewicz czytał pierwszy rozdział z książki Antoniego Libery „Godot i jego cień” osnuty wokół polskiej prapremiery „Czekając na Godota” (1957). Reżyserował ją wuj Jerzy Kreczmar, który na przedstawienie w Teatrze Współczesnym zaprosił swojego kolegę profesora Liberę wraz z synem. Dwa lata później Zapasiewicz zaangażował do Współczesnego Erwin Axer, notabene ożeniony z Bronisławą Kreczmarówną, stryjeczną siostrą Jerzego i Jana.

Słuchając, jak Zapasiewicz czyta Liberę, miało się wrażenie, że odnajduje się on w świecie doskonale sobie znanym, nie tylko z powodów rodzinnych lecz także ze względu na formację duchową i obywatelską, w której został ukształtowany. Była to najszlachetniejsza tradycja PPS-owskiego Żoliborza. Zresztą jeszcze bardziej tym duchem przepojone jest radiowe nagranie Zapasiewicza czytającego „Lwy z mojego podwórka” Jarosława Abramowa-Newerlego. Aktor pozostawał z autorem w zażyłej przyjaźni od wczesnego dzieciństwa – w książce występuje jako Słoń. Interpretując wspomnienia najbliższego przyjaciela, Zapasiewicz w gruncie rzeczy współtworzył mit żoliborskich kolonii, który stanowił fundament jego własnej biografii.

Gdyby zliczyć stołeczne sceny, na których występował Zapasiewicz, to ich liczba doszłaby do dzisięciu, poczynając od Teatru Młodej Warszawy (wkrótce przemianowanego na Teatr Klasyczny; dziś Studio), gdzie debiutował w 1956 roku, a kończąc na Teatrze Powszechnym, gdzie zagrał ostatnią rolę w komedii „Słoneczni chłopcy”. Były w tej dziesiątce teary przez które ledwie przemknął z jedną rolą (STS, Komedia, Ateneum, Studio); były teatry z którymi związany był najdłużej, choć z przerwami, i w których osiągnął apogeum kunsztu: Dramatyczny (1966-83), Powszechny (1983-87; 2000-09) i Współczesny (1959-66; 1993-2000); były i takie jak Teatr Polski za Dejmka, w którym schronił się na trzy sezony (1990-93) w trudnym dla siebie okresie po niespełnionej dyrekcji w Teatrze Dramatycznym (1987-90). W połowie lat 80-tych Zapasiewicz zaangażował się w zrodzoną ze społecznikowskich pasji działalność Teatru Dalekiego, który miał krzewić kulturę teatralną wśród mieszkańców Ursynowa.

W ostatnich sezonach występował gościnnie w Teatrze Narodowym: w „Kosmosie”, w „Żarze”. Miał zagrać Wuja Eugeniusza w „Tangu” Mrożka w reżyserii Jerzego Jarockiego.

Utrwalił się wizerunek Zapasiewicza w rolach inteligentów, intelektualistów, naukowców. Rzeczywiście, formacja, którą reprezentował, wybitnie go do tego typu ról predestynowała, ale  wbrew pozorom nie było ich znowu tak wiele, a jeśli już, to raczej w filmie niż w teatrze. Owszem, na scenie Teatru Powszechnego stworzył postać Pana Cogito, jakby wzorowaną na Mannowskich humanistach w rodzaju Aschenbacha, i stał się jej niezrównoważonym uosobieniem. Ale przecież z dzisiątek ról teatralnych Zapasiewicza mamy przed oczami wiele takich, w których grał postaci plebejskie, choć zwykle „podszyte” jakąś mądrością czy choćby przebiegłością. Taki podwójny, głupio-mądry, a i groźny był jego Pijak w „Ślubie” Jarockiego. Wiele lat później w tej samej sztuce, tym razem u Minca, zagrał Ojca, który z pazernego, chamowatego chłopa-króla zamienia się w tragiczną ofiarę przemocy – wielka rola w niedocenionym przedstawieniu. A błyskotliwość pozornego prostaczka w „Kubusiu Fataliście” Zatorskiego? A niebezpieczna dwoistość Rzeźnika-Paganiniego w „Rzeźni”? A  przyrodzona mądrość Ojca w „Pieszo”? – obie role u Jarockiego.

W tej samej materii literackiej, niezależnie od plebejów, Zapasiewicz stworzył zidiociałych arystokratów, jak pamiętny Książe Himalai w „Operetce” Prusa czy genialny Król Ignacy w „Iwonie, księżniczce Burgunda” Hubnera.

W końcu, grając inteligentów, przybierał zarówno postać odrażającego pokurcza, Tarełkina w sztuce Suchowo-Kobylina, jak i dystyngowanego, conradowskiego z ducha Amabasadora czy żałosnego „wiecznego rewolucjonisty” Stomila w sztukach Mrożka; był na poły kabotyńskim pisarzem Laurentym w „Na czworakach” Różewicza i stwarzającym całe światy z samych tylko słów Reżyserem w „Naszym mieście” Wildera. I księdzem Markiem, który w środku stanu wojennego sam na wielkiej pustej scenie mówił: „Oto naród mój zabito”…

Wszystko należy już do teatru pamięci.